czwartek, 10 października 2013

Włochy - 3-8.10.2013 - Bolonia

Sarkastyczna zagadka tudzież słowo wstępu podkreślające charakter tego wyjazdu: co może robić dziewczyna ze swoim chłopakiem we Włoszech w czasie wakacji? Tum turu rum - suszyć buty!

Spodziewałam się deszczu, kiedy jechałam do Pragi, wiatru gdy miałam odwiedzić Wiedeń, ale nie sądziłam, że deszcz, wiatr i chłód spotkają mnie we Włoszech :( Co prawda prognozy pogody na nasz wyjazd nie były zbyt optymistyczne, ale to co zobaczyłam na miejscu przeszło moje najgorsze podróżowe wyobrażenia... Tylko 2 dni z tego wyjazdu mogę uznać za w miarę pogodne, reszta to przykład mini apokalipsy... Ani razu nie widzieliśmy słońca, a przecież Italia z założenia jest promienna i ciepła! Podczas gdy w Polsce dni były nadzwyczaj ładne jak na tą porę roku, my codziennie oglądaliśmy chmury i mgły :( Bolonię udało się nam zwiedzić w miarę porządnie, bo przynajmniej nie padało. W Rimini ulewny deszcz przeszkadzał nam non-stop... Oczywiście wychodziliśmy, staraliśmy poznać miasto, ale przemoczeni ciągle musieliśmy wracać do hotelu. W każdej wolnej chwili suszyłam nasze mokre rzeczy i przyznam się, że chyba nie będę umiała już bez takiej rozrywki żyć ;) Dla porównania zdjęcia z samolotu - bezchmurne niebo nad (tak podejrzewam) Austrią i baaardzo zachmurzone nad Włochami :(



Ale do rzeczy, cała podróż zaczęła się od Bolonii...

Bolonia 3-4.10.2013

Na miejsce dolecieliśmy bez żadnych komplikacji (ufff!) :) Przed wyjazdem oczywiście trochę poczytaliśmy i uznaliśmy, że z lotniska najtaniej będzie dojechać do miasta zwykłym, miejskim autobusem. Bezpośredni autobus lotnisko - centrum, kosztuje jakieś 6 euro, co w porównaniu z ceną miejskiego biletu -1,3 euro, wydaje się być prawdziwym majątkiem. Miejski autobus odjeżdża z przystanku Birra i dowozi pasażerów aż pod dworzec główny, który znajduje się bardzo blisko historycznego centrum. Do przystanku dość łatwo dojść, dlatego polecam tą opcję każdemu. Jak tam trafić? Wychodzimy z hali lotniska, kierujemy się w prawo i cały czas idziemy tak jak prowadzi nas ulica (niestety bez chodnika) aż do ronda. Przechodzimy pod wiaduktem, idziemy prosto jeszcze kawałek i naszym oczom po prawej stronie powinien ukazać się prosty, czerwony przystanek autobusowy :) Kursy puszczone są jakieś 3-4 razy na godzinę, ale im później tym ich częstotliwość się zmniejsza. Około 21.00 autobus przestaje kursować. Bilet można kupić już na lotnisku, np. w Carrefour Express albo obok przystanku, w pobliskiej Tabaccherii czyli włoskim kiosku oznaczonym literką T. Czas podróży to jakieś 30 minut.

Szczęśliwym trafem nasz hotel był bardzo blisko dworca. Niecałe 10 minut i już byliśmy na miejscu :) Opisując Wam jego lokalizację w przedwyjazdowej notce pomyliłam się. Hotel nie znajdował się 2km od centrum, był po prostu w samym centrum, przy głównej, handlowej ulicy :D Szybko zostawiliśmy bagaże, zabraliśmy mapę i już byliśmy gotowi na podbój miasta ;) Dokładne poznanie zabytków, zostawiliśmy sobie na ranek, wieczorem chcieliśmy po prostu pospacerować, spokojnie ogarniając uliczki. 

Pierwsze słowo jakie nierozerwalnie będzie kojarzyć mi się z Bolonią to arkady. Są wszędzie, a w sumie osiągają długość 39km. Spokojnie można nimi spacerować w deszczu i niespecjalnie się zamoczyć (ech, czemu arkad nie ma w Rimini?). Oczywiście jedne podcienia są ładniejsze, inne trochę brzydsze, ale ich ilość robi niezwykłe wrażenie :)


Bolonia w nocy żyje, tego nie da się ukryć, ale czy łatwo znaleźć w niej otwarty sklep spożywczy? Nie. Co innego na przykład księgarnię czynną do 1 w nocy :P W poszukiwaniu napojów i przekąsek schodziliśmy dużą część centrum i prawie straciliśmy nadzieję, że znajdziemy zwykłego spożywczaka. Na szczęście udało się. Plusem tego szukania był fakt, że chcąc, nie chcąc zobaczyliśmy najważniejsze zabytki miasta. Wszystkie  są zgromadzone blisko siebie, więc od jednego do drugiego bardzo łatwo trafić. Zabłąkaliśmy się nawet w studencką dzielnicę Bolonii w której trwała akurat wielka, plenerowa impreza :) 


Kolejnego dnia, dzięki uprzejmości hotelowej obsługi, mogliśmy zostawić nasze bagaże w hotelu i dalej swobodnie zwiedzać miasto :) Naszą via dell' Indipendenza przy której mieszkaliśmy, doszliśmy prościutko na Piazza Maggiore czyli główny plac miasta.  A tam czekały na nas główne atrakcje miasta, które w świetle dziennym można było oglądać już w całej okazałości :)






Od czego warto zacząć opis placu? Może od przedstawienia fontanny Neptuna. Ponoć miała być skromna, a wyszła pod pewnymi względami dość prowokacyjnie :) Z piersi syrenek (zazwyczaj) tryska woda, a gdy popatrzymy pod odpowiednim kątem, ręka Neptuna zmienia się w coś zupełnie innego ;) Przyglądnijcie się uważnie zdjęciu poniżej  i znajdźcie jeden, znaczący szczegół :)



Będąc na Placu nie można ominąć Palazzo d'Accursio pełniącego rolę miejskiego ratusza. Budynek w większości można zwiedzać bezpłatnie, warto więc pokręcić się po jego wnętrzach :) Moim zdaniem na największą uwagę zasługuje Sala Rossa - Czerwona, nazwana tak od koloru tapety na ścianach, ale do pozostałych oczywiście też warto zajrzeć. Po wykupieniu biletu (3 euro) można wejść do sal w których znajduje się wystawa obrazów.

Kolejnym zabytkiem wartym zobaczenia jest bazylika Świętego Petroniusza - patrona miasta. Kościół jest naprawdę wielki! Warto jednak pamiętać, że nie można wejść do jego wnętrza z bagażem czy plecakiem. A to wszystko przez kościelne freski. Prorok Mahomet został umieszczony na nich wśród ludzi potępionych, co nie spodobało się wyznawcom... Ugrupowania islamskie zagroziły zamachem i proszę - efektem jest nieustanna służba policji przed wejściem.


Co było kolejnym obowiązkowym punktem do zobaczenia na naszej liście? Oczywiście 2 wieże :) Obie krzywe, jedna aż tak, że nie została dokończona. Na wyższą można wejść, by rozkoszować się widokiem miasta. Na pewno warto, ale mój lęk wysokości nie pozwolił mi na tą wycieczkę :( Oglądałam więc krzywiznę wież z bezpiecznej ziemi i zastanawiałam się, czemu akurat te wieże zachowały się do dnia dzisiejszego. Przecież kiedyś w Bolonii było ich dużo więcej. Każdy ród stawiał własną, oczywiście starając się by była wyższa i potężniejsza od wież innych rodzin ;)



Nie można zapomnieć, że Bolonia jest słynna przede wszystkim ze swojego uniwersytetu. Obecnie, muzeum opowiadające jego historię i przedstawiające ciekawe eksponaty znajduje się w Palazzo Poggi. Bezpłatnie zobaczyliśmy tu  stare sale wykładowe w których nauczał ponoć jakiś (:P) słynny włoski poeta oraz Muzeum Studenckie znajdujące się na ostatnim piętrze. To co najciekawsze, najcenniejsze i najbardziej nietypowe z wyposażenia uniwersytetu, jest dostępne do zwiedzania za opłatą. Niestety poskąpiłam i ominęłam wystawę, a teraz oczywiście żałuje... Blee...

  
Jak wspominam Bolonię? Najmilej z całego wyjazdu :) Pogoda jest dominującym aspektem w tej ocenie, ale samo miasto jest naprawdę przyjemne. Zwiedza się je bardzo łatwo, bo większość zabytków jest zgromadzona wokół siebie. Nawet włócząc się po nim bez celu można natknąć się na interesujące budynki. Tylko jedno w mieście bardzo mi się nie spodobało - wszechobecne autobusy i auta, które mogą wjeżdżać nawet na Piazza Maggiore! To tak jakby puścić normalny miejski ruch przez krakowski rynek, a przystanek ustawić pod Sukiennicami... Dziwny pomysł, prawda? Przerażające, że nawet w wąskich, pozornie spokojnych uliczkach można być nagle przejechanym przez autobus... Dodatkowo, bolońskie arkady niezmiernie potęgują dźwięki ulicy, co daje się we znaki biednym uszom. Miasto nie cichnie nawet w nocy...

O Bolonii mówi się, że można ją spokojnie poznać w 1 dzień i ja też podtrzymują tę opinię :) Tyle wystarczy, by zobaczyć to co w niej najważniejsze. No i oczywiście zrobić dużo zdjęć urokliwych uliczek, budynków i różnorodnych arkad ;)









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz